Chcę się z tobą kochać, mała. Jesteś
ładna. Masz śliczne usta. Drobny, lekko zadarty nos. Pięknie smukłe ciało. Nie
chude i wygłodzone. Smukłe, gładkie, białe. Chcę cię zaczarować. Kochać się z
tobą tak, jakbym miał cię ochronić i wyleczyć. Wdmuchać ci do ust wieczność.
Wiesz, to jest to coś w seksie, z czego zdaje sobie sprawę może jedna setna
procenta osób - to jest tak, że chcę cię mieć, chcę, żebyś miała mnie i chcę,
żebyśmy byli wspólnie święci - jakby ktoś zlitował nas w jeden stop. Coś, czego
nigdy nie doświadczą układający rankingi faceciki, bezustannie buszujący w
uczelniano-klubowych sklepach z laskami, układającymi takie same, tylko
rzadziej obwieszczane światu listy przebojów. Ktoś, coś, ta potężna siła, która
każe układać się cegłom w katedry i ludziom w korowody. Jedność. To o to
chodzi. Całuję ją dalej. Zatracam się w tym. Etanol zawęża mi pole widzenia ta,
że gdy otwieram oczy, to wszystko wygląda, jak obserwowane w małym okienku
cyfrowego aparatu wejście duszy do nieba. Tyle pryska od niej złota, setki
ścieżek trylionkaratowej kokainy.